#godelpoleca #muzyka #trap…

#godelpoleca #muzyka #trap #katyperry

#dekadawmuzyce – podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

Piosenki.

#13
Katy Perry – Bon Appétit ft. Migos

Gatunki: dance-pop, trap, hip-house
RIYL: Azelia Banks, Rihanna, Calvin Harris, bita śmietana, wyrabianie ciasta, oblizywanie łyżeczek

Katy Perry od zawsze w swoich singlowych występkach wzbudzała we mnie przynajmniej poczucie niezobowiązującej sympatii. w najgorszym wypadku podchodziłem do jej twórczości neutralnie, bez większego grymasu. a taki werdykt powinien być już rozpatrywany w kategoriach sukcesu, biorąc pod uwagę moją awersję do mainstreamowego popu tej dekady. „były momenty, nie było MOMENTUM”. aż tu trafił się taki BENGER, któremu zaznaczam – nie dałem się ogłupić przy pierwszym odsłuchu. ale jak już w spokoju usiadłem do „konsumpcji”, poczułem perwerysjny uścisk gierek słownych i wyzywających hooków na gardle (i trochę niżej też), odechciało mi się trzymania gardy, przyjmując na siebie stan rzeczy jakim jest.

siadając do stołu z Bon Appétit, jest mi niezręcznie przy pomocy małej klawiaturki, silić się na wymyślne dekorowanie słów jadalnymi ozdobami. częściowo wykluczam też wszelkie doprawianie dań dla postronnych na własny rachunek tak, aby każdy zadowolił się odpowiednimi proporcjami z podstawowej palety smaków. jadłospis jest już ustalony, preferencje nie mają znaczenia a alergie pokarmowe przestają nas nękać. stosownym jest, w celebryckim stylu, spóźnić się kilkanaście minut na kolacje, ale gdy już przejdziemy przez selekcje docierając do naszego krzesełka, damy się odpowiednio ugościć – zaczynamy jeść szefowej kuchni prosto z rąk. a tu czeka jeszcze deser, który nasz apetyt zauważa ukradkiem oka…

przepis na tę sytą i apetyczną potrawę jest prosty. danie główne to arogancko podana, pełnokrwista nawijka Perry z kategorii metaforycznego #pornfood, w którym cielesny kontakt wraz z obrzędem tego co przed, po i w jego trakcie, gotuje się wspólnie na jednym palniku, i jest podgrzewany najlepszą produkcją Maxa Martina od wielu lat.
zaraźliwa melodia rozdzielna połyskującą zastawą na różnej wielkości kęsy, przełamywana jest wizjonerskim wręcz wyczuciem smaku w kwestii zmian tempa (z tą jedną, NAJWYBITNIEJSZĄ pauzą w historii na wysokości – 1:30 – tylko prawdziwi SMAKOSZE zrozumieją wybitność takich zabiegów). a przecież wspominałem jeszcze coś o deserze. tym razem pod postacią „gościnnego” występu Migosów, który nie powinien być traktowany jako zwykły ficzuring w ramach „raperskiej dogrywki” pod pop-hicior. bo całkiem możliwe, że goście dają jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą nawijkę w karierze, realizując z pełnym wyczuciem, niczym posłuszna ekipa kelnerów, wyznaczone przez „szefową” zadanie.
zatem nie wstydźcie się tej przyjemności i proście dokładkę. smacznego!