#godelpoleca #muzyka #funk…

#godelpoleca #muzyka #funk #soul

#dekadawmuzyce – podsumowanie ostatnich 10 lat w muzyce.

Albumy

#16
D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah

Gatunki: neo-soul, funk
RIYL: Marvin Gaye, Sly Stone, Erykah Badu, Maxwell, Django, masaż stóp, truskawki w czekoladzie

Aleksander Wielki, datując od rozpoczęcia jego militarnej ekspansji na wschód, potrzebował 3 lat żeby podbić imperium Perskie. Roger Federer już po 6 latach od wygrania pierwszego, wielkoszlemowego turnieju w wieku 22 lat pobił rekord Pete’a Samprasa, zdobywając swój 15 w karierze tytuł na kortach Wimbledonu.
D’Angelo potrzebował 14 lat by wydać na światło dzienne następce wybitnego Voodoo. nie wiem czy w takiej sportowo-wojennej formie jak powyżej, bardziej szkodzę jednemu z ojców neo-soulu, wykazując jego artystyczną opieszałość, czy wręcz przeciwnie – podkreślam, że gość potrzebował aż tyle lat, by wycraftować i dopieścić swój trzeci album. nie ważne gdzie leży prawda (na pewno nie po środku), jakie były motywacje autora i przeciwności, z którymi się zmagał – minęło rzeczywiście sporo czasu. w dzisiejszym, absurdalnie rozpędzonym świecie, 14 lat brzmi jak wieczność, już nie mówiąc o tym co taki okres oznacza w ujęciu szeroko-pojętej kultury.

pamiętam, że gdy Black Messiah wyszedł niemal pod sam koniec 2014 roku, wywołał niemałe poruszenie już przez sam fakt długo wyczekiwanej publikacji, że oto można przestać się modlić po nocach do wymyślonego Boga, błagając o nowy album od posiadacza najlepszego torsu w historii muzyki. ale namieszał również przez swoistego „psikusa” wymierzonego w kierunku recwriterskiego światka, trzymanego w garści przez umowy z wytwórniami i wydawcami. wszelkie rankingi podsumowujące rok 2014 należało wyrzucić do kosza, wprowadzić konieczne korekty i czekać kolejne lata na rozgrzeszenie.
przedświąteczna i końcoworoczna gorączka, motywowana tylko tym żeby zmieścić się w dedlajnie i żeby każdy wiedział co kupić pod choinkę, została wymownie utemperowana zesłaniem na świat Czarnego Mesjasza – którego pojawienie się może być odbierana zarówno symbolicznie (jako zmartwychwstańczy akt), jak i wymowne zagranie na nosie przemysłowi.
oczywiście trochę ironizuję, do tego sam się łapie na tym przedwczesnym przyznawaniu tytułów, przy osobistym podsumowaniu dekady – ale mi za to nikt nie płaci ¯_(ツ)_/¯, a jak się niedawno okazało Kanye West jednak nie podołał w tym roku, także jestem kryty.

ale żeby coś o samej muzyce…
D’Angelo, który u początków kariery zaskoczył świat muzyki, wskrzeszając stłumionego od syntezatorowego disco-przepychu i kiczu lat 80, ducha muzyki soul. przeszczepiając jego ciepło na grunt „urban r&b”, by w dalszej kolejność przelać część jego liryzmu na terytorium rap-gry podzielonej pomiędzy wschodem i zachodem, doprowadzając do stworzenia z zupełne nowej (ale jednak retromańskiej) jakości.
stał się jednym z trzech filarów gatunku (obok Eryki Badu i Maxwella) określanego mianem neo-soulu, czyli stylistki, która chętnie korzystała z klasyki zaangażowanego społecznie, afro-amerykańskiego dziedzictwa, jak i kompozytorskich i nowoczesnych rozwiązań, pozwalających wykiełkować jego zasięgom aż do centrum mainstremowej gry, gdzie zadomowił się na długie lata. tym samym nurtem Michael Archer płynął również na drugiej, by w końcu na Black Messiah sprzedać światu coś jeszcze innego.

pierwsze co nasuwa się na myśl gdy myślę o trzeciej płycie D’Angelo, jest na pewno jej surowość, zaniechanie smooth soulowej zwiewności na rzecz, mocniej przebijających się psychedelic soulowych pogłosów.
wszystkie kawałki są swoistymi arcydziełami w kwestiach produkcyjnej przejrzystości (o wręcz zatrważające ile osób siedziało w studiu, doglądając masteringu przy tej płycie). analogowo wręcz barwiące się dźwięki, pojawiające się z głębi bezbłędnego miksu, sprawiają wrażenie, że pojawiają się tylko na czas trwania swojego żywota – każdy kolejny nawrót tych samych akordów, nosi w sobie zupełnie inną jakość. a sam kompozytor wciela się w niepozostawiającą wątpliwości i niedopowiedzeń rolę „mistrza ceremonii”. zapatrzony w jednego ze swoich mistrzów – Pricnce’a, staje i bierze w dłonie każdy możliwym instrument, urzeczywistniając w czynie, to co zamieścił już na samym początku, w tytule ukutego dla siebie pomnika.
efektem jest dopracowany, niosący w sobie znamiona pouczającego kazania, kaznodziejsko szlachetny i mesjańsko zaaranżowany, anielsko zrównoważony i kłaniający się w pas całej historii czarnej ameryki album. który ukrywa pomiędzy każdym bogato zdobionym akordem, szelestem i świstem na płycie, męczeńską plantacyjną prostotę i namiastkę oczyszczającej rozmowy z Bogiem.